Biedna Chatlotta. Gdy dowiedziała się, że to nie ona ma dar była załamana. Próbowaliśmy ją uspokoić, lecz roztrzęsiona siedziała wyprostowana na kanapie, a jej oczy błyszczały.Szkoda mi jej było. Też bym się załamał gdyby coś, co było dla mnie najważniejsze, do czego przygotowywałem się całe życie, nagle stało się nieosiągalne, ktoś mi to wyrwał z rąk. Uśmiechnąłem się do niej smutno, a jej oczy jeszcze bardziej się przeszkliły. Chciałem ją pocieszyć, powiedzieć, że wszystko będzie w dobrze, ale co ma być w porządku? Utraciła dar. Znaczy nigdy go nie miała. Im dłużej nad tym myślałem, tym trudniej było mi zebrać słowa, by ją pocieszyć.
Z drugiej strony teraz będzie mogła prowadzić normalne życie. Będzie mogła podróżować, chodzić gdzie chce. Nie będzie uzależniona od chronografu. Zero niekontrolowanych przeskoków.
Zastanawiałem się co ja bym zrobił, gdybym nie miał daru. Na pewno częściej widywałbym się z matką i bratem, którzy, wraz z nowym facetem mamy, mieszkają we Francji. Nie widzieliśmy się od bardzo, bardzo dawna, gdyż nie mogę opuszczać Londynu na dłużej niż kilka godzin.
Gdy tak myślałem, Charlotta nagle poderwała się i wybiegła ze Smoczej Sali. Podbiegłem do niej i złapałem za ramię.
- Charlotto, czekaj.
- To wszystko jest tak strasznie przykre i poniżające - powiedziała Charlotta.
- Nie, wcale nie. Przecież to nie twoja wina.
Starałem się mówić miękko. Nie mogłem urazić Charlotty. Nie, gdy była tak załamana. Cała ta sytuacja jest strasznie skomplikowana. Mój mózg jeszcze nie do końca to przetrawił. W tedy poczułem, że Charlotta wyrwała się z mojego uścisku.
- Objawy fantomowe! O mało nie zapadłam się pod ziemię. Naprawdę wierzyłam, że to się może stać w każdej chwili...
No tak. Objawy fantomowe - diagnoza Jake'a. Moim zdaniem te mdłości nie był ból fantomowy. Charlotta urodziła się w dniu, którego datę wyliczył sam Newton. Mogła odczuwać mdłości dlatego, że ten dar mógł też należeć do niej. Tak jak to było w przypadku bliźniaków - Janatana i Timoty'ego. Może ona też przeskoczy. Albo ma jakieś skutki uboczne, albo coś. Moje myśli były chaotyczne. Żadna nie miała sensu, jedna głupsza od drugiej.
Nie chciałem dawać dziewczynie złudnych nadziei. Moja teoria nie jest potwierdzona i nie ma sensu.
- Też bym wierzył na twoim miejscu - powiedziałem po chwili. -Twoja ciotka musi być szalona, że
ukrywała to wszystko przez tyle lat. A twojej kuzynki bardzo mi żal.
- Naprawdę?
- Pomyśl tylko! Jak ona sobie z tym poradzi? Nie ma najmniejszego pojęcia... Jak nadrobi to, czego my uczyliśmy się przez ostatnie dziesięć lat?
- Tak, biedna Gwendolyn. - Nie było w jej głosie współczucia. Wiem, że te dwie kuzynki niezbyt się lubią. - Ale ona ma też swoje mocne strony.
Charlotta to powiedziała? To było co najmniej dziwne. Ona nigdy nie mówiła dobrze o Gwendolyn. Zawsze się z niej śmiała. Zastanawiałem się, czy jest aż tak zdesperowana, lecz ona szybko rozwiała wątpliwości.
- Umie chichotać z koleżanką, pisać SMS-y i recytować z pamięci obsady filmów.
- Tak właśnie pomyślałem, kiedy zobaczyłem ją po raz pierwszy - powiedziałem. - Ech, będzie mi ciebie naprawdę brakowało... na przykład naszych lekcji fechtunku.
Mówiłem prawdę, będzie mi tego brakowało, zwłaszcza, że dodatkowo będę musiał użerać się z Gwendolyn. Powinni mi za to płacić.
- Dobrze się bawiliśmy, prawda? - spytała dziewczyna.
- Tak. Ale pomyśl, jakie masz teraz możliwości, Charlotto! Zazdroszczę ci tego! Jesteś wolna i możesz robić, co chcesz.
- Nigdy nie chciałam niczego innego poza tym tutaj!
- Tak, bo nie miałaś wyboru - odpowiedziałem. - Ale teraz cały świat stoi przed tobą otworem.
Możesz studiować za granicą i wybrać się w daleką podróż, podczas gdy mnie nie wolno
oddalić się od tego choler... od tego chronografu na dłużej niż jeden dzień i muszę spędzać noce w 1953 roku. Wierz mi, bardzo chętnie bym się z tobą zamienił.
Wtedy uświadomiłem sobie, że naprawdę jestem przykuty do chronografu. Jestem więźniem i chłopcem na posyłki. Lubię moje życie, ale trochę luzu by mi się przydało. Ale to nie znaczy, że dar to przekleństwo, jak to mówiła ciotka Charlotty.
- Jeszcze tego pożałują - Glenda jeszcze nie ochłonęła.
- Glendo, proszę cię! Przecież jesteśmy rodziną, musimy trzymać się razem - lady Arista już od dawna nieskutecznie próbowała ją uspokoić.
- Powiedz to lepiej Grace - warknęła Glenda. - To przecież ona wpakowała nas w tę obłędną
sytuację. Chce chronić córkę! Dobre sobie! Nikt przy zdrowych zmysłach nie uwierzyłby w ani jedno jej słowo. Po tym wszystkim, co się stało. - zgadzałem się z nią. To na serio dziwaczna historia. - Ale to już nie jest nasz problem. Chodź, Charlotto.
Ruszyły w stronę wyjścia.
- Odprowadzę was do samochodu - zaoferowałem. Chciałem, żeby Charlotta poczuła, że nie jest sama.
Odprowadziłem Glendę i jej córkę do limuzyny. Szliśmy w ciszy, a ja co jakiś czas posyłałem Charlotcie uśmiechy i spojrzenia. Zauwarzyłem, że ona też próbuje się uśmiechnąć, lecz nie wyszło jej to najlepiej. Na jej twarzy pojawił się krzywy grymas, który znikł w ułamku sekundy.
Czasem trzeba spojrzeć w przeszłość, by zapobiec przeznaczeniu, czyli Trylogia Czasu oczami Gideona
czwartek, 27 marca 2014
niedziela, 23 marca 2014
Rozdział 3.
Weszliśmy do archiwum, które jak większość pomieszczeń tutaj znajdowało się w podziemiach i nie miało okien. Znajdował się tam kominek, w którym płonął ogień, wokół stały regały i szafy z książkami oraz bardzo wygodne, bujane fotele i jeszcze wygodniejsza, szeroka sofa.
Oparłem się o regał i przysłuchiwałem rozmowie Georga, Jake'a oraz wuja Falka, którzy tak samo jak ja byli zdezorientowani i nie wiedzieli co myśleć o tej całej sytuacji. Wtedy dziewczyna wróciła. Oni chyba jej nie zauważyli, rozmawiali dalej. Musiałem zwrócić ich uwagę, wie się przywitałem.
- Cześć, Wendy.
- Gwendolyn - poprawiła dziewczyna, która była chyba oburzona tym, że przekręciłem jej imię. Z resztą ja też nie byłbym zadowolony, gdyby ktoś nazywał mnie Garfield.
Wtedy reszta podeszła do naszego nowego Rubinu. George był czały w skowronkach, a Jake White podejrzliwie taksował ją wzrokiem. Był wyraźnie niezadowolony. Ja też, wolałbym Charlottę jako moją partnerkę. Gwendolyn, czy jak ona tam ma na imię, nawet nie znam. Poza tym, w ogóle nie podoba mi się jej postawa, którą zaobserwowałem podczas tych kilku minut rozmowy z Georgem, który teraz wypytywał moją przyszłą pomocnicę:
- To trwało prawie piętnaście minut. Wszystko z tobą w porządku, Gwendolyn?
Dobrze się czujesz?
Skinęła głową, choć nie wyglądała w porządku. Ta wielka plama na mundurku... fuj.
- Czy ktoś cię widział? - wypytywał Thomas George.
- Nikogo tam nie było. Zresztą tak jak mi pan kazał, nie ruszyłam się z miejsca. - Podała Thomasowi latarkę i... sygnet? On jej pożyczył swój sygnet. - Gdzie jest moja mama? - To pytanie mogłoby wyjść z ust sześciolatki, a nie szesnastolatki.
- Na górze, z pozostałymi - odrzekł krótko Falk de Villiers.
- Chcę z nią porozmawiać - Boże, jaki to dzieciak. Mogłaby chociaż udawać, że jest wystarczająco dorosła, by być podróżnikiem. W dodatku podróżnikiem z wielką misją.
- Nie martw się, porozmawiasz. Później - powiedział pan George. - Ale najpierw... och, zupełnie
nie wiem, od czego zacząć.
Jego twarz promieniała radością. Jeny, z czego tak się cieszy?
- Mojego bratanka Gideona zdążyłaś już poznać - powiedział wuj Falk. - To, co właśnie ci się
przydarzyło, on przeżył już przed dwoma laty. Oczywiście był do tego znacznie lepiej przygotowany
niż ty - oczywiście, że tak. Moja matka nie ukrywała przed wszystkimi daty mojego urodzenia. - Nadrobienie tego, co zaniedbano u ciebie w ciągu ostatnich lat, będzie trudne.
- Trudne? Ja raczej uznałbym to za niemożliwe - wtrącił doktor White, a ja się z tym zgodziłem.
- To wcale nie będzie konieczne - powiedziałem. -Znacznie lepiej poradzę sobie sam.
- Zobaczymy - powiedział wujek.
- Myślę, że nie doceniacie tej dziewczyny - rzekł pan George. Co my mamy w niej docenić? Od razu widać, że to niezdara. Tylko pomieszałaby mi szyki.
- Gwendolyn Shepherd! Jesteś teraz częścią prastarej tajemnicy - ciągnął Thomas. - Czas, byś nauczyła się tę tajemnicę rozumieć. Po pierwsze, powinnaś wiedzieć...
- Nie uprzedzajmy wypadków - wpadł mu w słowo doktor White. - Może i ma ten gen, ale to
jeszcze nie znaczy, że można jej zaufać.
- Albo że w ogóle zrozumie, o co w tym chodzi - uzupełniłem. Widać, że nic nie rozumie. Nie pojmuje po co tu jest i jak wielkie ma znaczenie dla ludzkości.
- Kto wie, jakie instrukcje otrzymała od swojej matki - powiedział doktor White. - I kto wie, od
kogo ona z kolei otrzymała instrukcje. Mamy tylko ten jeden jedyny chronograf, nie możemy sobie
pozwolić na kolejny błąd. Chciałbym, żeby zostało to wzięte pod uwagę.
Tak. Jake mówi logicznie. W końcu to jej matka pomagała Lucy i Paulowi uciec.
Pan George wyglądał, jakby go spoliczkowano.
- Można zupełnie niepotrzebnie skomplikować sprawy.
- Zabiorę ją teraz do mojego gabinetu - oznajmi! doktor White. - Nie miej mi tego za złe, Thomas. Ale na wyjaśnienia przyjdzie jeszcze pora.
Gwendolyn wzdrygnęła się.
- Chcę do mamy - powiedziała.
Mlasnąłem pogardliwie językiem. To straszne dziecko. Tylko dwulatek mówi "chcę do mamy".
- Nie musisz się bać, Gwendolyn - uspokajał ją pan George. - Potrzebujemy tylko odrobiny
twojej krwi, a poza tym doktor White odpowiada za twoją odporność i twoje zdrowie. W przeszłości
czai się niestety cała masa groźnych zarazków, zupełnie nieznanych organizmowi współczesnego
człowieka. To nie potrwa długo.
Dziewczyna ponownie wzdrygnęła się. Tym razem na słowo "krew".
- Ale ja... ja nie chcę zostać sama z doktorem Franken... z doktorem White'em - Z minuty na minutę ona staje się większym dzieckiem w moich oczach. Czy chciała na zwać Jake'a Doktorem Frankensteinem?
- Doktor White nie jest tak... pozbawiony serca, jak mogłoby to wyglądać - powiedział George. - Nie musisz...
- Ależ tak, musi - warknął doktor White.
Ta sytuacja stawała się coraz bardziej dziwna. Po pierwsze: nowy Rubin. Po drugie: nowy Rubin, to rozwydrzony bachor. Po Trzecie: nigdy nie widziałem tak zirytowanego Jake'a
- Ach tak? A co pan zrobi, jeśli odmówię? - prychnęła. Oczy doktora za
okularami w czarnych oprawkach, były zaczerwienione i zaognione.
- Każę zawiadomić panią Jenkins - powiedział kategorycznym tonem wujek. - Póki nie przyjdzie,
Gwendolyn będzie towarzyszył pan George.
Chyba dają jej tu za dużo ulg. Nie może po prostu iść i oddać tej krwi?
- Spotkamy się zatem za pół godziny na górze, w Sali Smoczej - zakończył Falk de Villiers.
Wychodząc z pokoju zerknęła na mnie. Taksowałem ją wzrokiem, ale w ostatniej chwili spuściłem głowę.
W tedy zobaczyłem, że ma podrapane łydki. Dziwne...
__________________________________________________________________
Podoba się? Zostaw koment.
Nie podoba się? Też skomentuj.
Oparłem się o regał i przysłuchiwałem rozmowie Georga, Jake'a oraz wuja Falka, którzy tak samo jak ja byli zdezorientowani i nie wiedzieli co myśleć o tej całej sytuacji. Wtedy dziewczyna wróciła. Oni chyba jej nie zauważyli, rozmawiali dalej. Musiałem zwrócić ich uwagę, wie się przywitałem.
- Cześć, Wendy.
- Gwendolyn - poprawiła dziewczyna, która była chyba oburzona tym, że przekręciłem jej imię. Z resztą ja też nie byłbym zadowolony, gdyby ktoś nazywał mnie Garfield.
Wtedy reszta podeszła do naszego nowego Rubinu. George był czały w skowronkach, a Jake White podejrzliwie taksował ją wzrokiem. Był wyraźnie niezadowolony. Ja też, wolałbym Charlottę jako moją partnerkę. Gwendolyn, czy jak ona tam ma na imię, nawet nie znam. Poza tym, w ogóle nie podoba mi się jej postawa, którą zaobserwowałem podczas tych kilku minut rozmowy z Georgem, który teraz wypytywał moją przyszłą pomocnicę:
- To trwało prawie piętnaście minut. Wszystko z tobą w porządku, Gwendolyn?
Dobrze się czujesz?
Skinęła głową, choć nie wyglądała w porządku. Ta wielka plama na mundurku... fuj.
- Czy ktoś cię widział? - wypytywał Thomas George.
- Nikogo tam nie było. Zresztą tak jak mi pan kazał, nie ruszyłam się z miejsca. - Podała Thomasowi latarkę i... sygnet? On jej pożyczył swój sygnet. - Gdzie jest moja mama? - To pytanie mogłoby wyjść z ust sześciolatki, a nie szesnastolatki.
- Na górze, z pozostałymi - odrzekł krótko Falk de Villiers.
- Chcę z nią porozmawiać - Boże, jaki to dzieciak. Mogłaby chociaż udawać, że jest wystarczająco dorosła, by być podróżnikiem. W dodatku podróżnikiem z wielką misją.
- Nie martw się, porozmawiasz. Później - powiedział pan George. - Ale najpierw... och, zupełnie
nie wiem, od czego zacząć.
Jego twarz promieniała radością. Jeny, z czego tak się cieszy?
- Mojego bratanka Gideona zdążyłaś już poznać - powiedział wuj Falk. - To, co właśnie ci się
przydarzyło, on przeżył już przed dwoma laty. Oczywiście był do tego znacznie lepiej przygotowany
niż ty - oczywiście, że tak. Moja matka nie ukrywała przed wszystkimi daty mojego urodzenia. - Nadrobienie tego, co zaniedbano u ciebie w ciągu ostatnich lat, będzie trudne.
- Trudne? Ja raczej uznałbym to za niemożliwe - wtrącił doktor White, a ja się z tym zgodziłem.
- To wcale nie będzie konieczne - powiedziałem. -Znacznie lepiej poradzę sobie sam.
- Zobaczymy - powiedział wujek.
- Myślę, że nie doceniacie tej dziewczyny - rzekł pan George. Co my mamy w niej docenić? Od razu widać, że to niezdara. Tylko pomieszałaby mi szyki.
- Gwendolyn Shepherd! Jesteś teraz częścią prastarej tajemnicy - ciągnął Thomas. - Czas, byś nauczyła się tę tajemnicę rozumieć. Po pierwsze, powinnaś wiedzieć...
- Nie uprzedzajmy wypadków - wpadł mu w słowo doktor White. - Może i ma ten gen, ale to
jeszcze nie znaczy, że można jej zaufać.
- Albo że w ogóle zrozumie, o co w tym chodzi - uzupełniłem. Widać, że nic nie rozumie. Nie pojmuje po co tu jest i jak wielkie ma znaczenie dla ludzkości.
- Kto wie, jakie instrukcje otrzymała od swojej matki - powiedział doktor White. - I kto wie, od
kogo ona z kolei otrzymała instrukcje. Mamy tylko ten jeden jedyny chronograf, nie możemy sobie
pozwolić na kolejny błąd. Chciałbym, żeby zostało to wzięte pod uwagę.
Tak. Jake mówi logicznie. W końcu to jej matka pomagała Lucy i Paulowi uciec.
Pan George wyglądał, jakby go spoliczkowano.
- Można zupełnie niepotrzebnie skomplikować sprawy.
- Zabiorę ją teraz do mojego gabinetu - oznajmi! doktor White. - Nie miej mi tego za złe, Thomas. Ale na wyjaśnienia przyjdzie jeszcze pora.
Gwendolyn wzdrygnęła się.
- Chcę do mamy - powiedziała.
Mlasnąłem pogardliwie językiem. To straszne dziecko. Tylko dwulatek mówi "chcę do mamy".
- Nie musisz się bać, Gwendolyn - uspokajał ją pan George. - Potrzebujemy tylko odrobiny
twojej krwi, a poza tym doktor White odpowiada za twoją odporność i twoje zdrowie. W przeszłości
czai się niestety cała masa groźnych zarazków, zupełnie nieznanych organizmowi współczesnego
człowieka. To nie potrwa długo.
Dziewczyna ponownie wzdrygnęła się. Tym razem na słowo "krew".
- Ale ja... ja nie chcę zostać sama z doktorem Franken... z doktorem White'em - Z minuty na minutę ona staje się większym dzieckiem w moich oczach. Czy chciała na zwać Jake'a Doktorem Frankensteinem?
- Doktor White nie jest tak... pozbawiony serca, jak mogłoby to wyglądać - powiedział George. - Nie musisz...
- Ależ tak, musi - warknął doktor White.
Ta sytuacja stawała się coraz bardziej dziwna. Po pierwsze: nowy Rubin. Po drugie: nowy Rubin, to rozwydrzony bachor. Po Trzecie: nigdy nie widziałem tak zirytowanego Jake'a
- Ach tak? A co pan zrobi, jeśli odmówię? - prychnęła. Oczy doktora za
okularami w czarnych oprawkach, były zaczerwienione i zaognione.
- Każę zawiadomić panią Jenkins - powiedział kategorycznym tonem wujek. - Póki nie przyjdzie,
Gwendolyn będzie towarzyszył pan George.
Chyba dają jej tu za dużo ulg. Nie może po prostu iść i oddać tej krwi?
- Spotkamy się zatem za pół godziny na górze, w Sali Smoczej - zakończył Falk de Villiers.
Wychodząc z pokoju zerknęła na mnie. Taksowałem ją wzrokiem, ale w ostatniej chwili spuściłem głowę.
W tedy zobaczyłem, że ma podrapane łydki. Dziwne...
__________________________________________________________________
Podoba się? Zostaw koment.
Nie podoba się? Też skomentuj.
wtorek, 18 marca 2014
Rozdział 2.
- O co chodzi z tą całą Wendy? - spytałem, gdy wszedłem do Smoczej Sali, w której znajdowało się wiele pięknych rzeźb. Jednak pomieszczenie swą nazwę zawdzięcza tej największej w kształcie smoka zawieszonego pod sufitem. Stwór ten wygląda tak realistycznie jakby za chwilę https://www.blogger.com/blogger.g?blogID=5462071139859660788#editor/target=post;postID=6374343459049105735miał rozwinąć skrzydła i odlecieć.
Gdy tylko się odezwałem wszyscy odwrócili głowy w moją stronę; wujek Falk, doktor White, lady Arista i jej córka Glenda. Była tam jeszcze jakaś kobieta. Po kolorze włosów wywnioskowałem, że pochodzi z rodziny Montrose. tam wszyscy byli rudzi.
Atmosfera w Smoczej Sali była bardziej niż napięta. Widziałem rozgniewane miny wszystkich, a szczególnie Glendy oraz tamtej kobiety.
- Jaką Wendy? - spytał wujek Falk.
- To tą brunetkę, która szła z panek Georgem - wyjaśniłem.
- Gwendolyn? - spytała lady Arista - babka Charlotty.
- Tak. Może mieć tak na imię.
- Powinieneś bardziej postarać się zapamiętywać imiona, młodzieńcze. Szczególnie dam - dam? Czy lady Arista właśnie nazwała tą niechlujną dziewczynę damą? Tego się nie spodziewałem. Szczególnie po niej.
- Gwenny dziś po raz trzeci skoczyła w czasie - zaczęła nieznajoma. - Na prawdę nie chce mi się tego znów tłumaczyć.
- Może najpierw was przedstawię. Gideon, nasz diament. Grace, matka Gwendolyn, córka lady Aristy.
- Aha... - mruknąłem. Nadal czekałem na odpowiedź na moje pytanie.
- No więc, Gwendolyn już kilka razy skoczyła w czasie. Chciałam ją od tego uchronić, ale mi nie wyszło - powiedziała w końcu Grace.
- Okłamując wszystkich nie chroniłaś jej - wtrąciła lady Arista.
- Nie widzicie, że one po prostu chcą zwrócić na siebie uwagę? - odezwała się Glenda.
Czułem, że zaraz znów rozpęta się tu burza. Glenda miała swoje teorie, widać było, że jest skora do kłótni, jednak ja na prawdę nie miałem ochoty tego słuchać. Chciałem tylko wiedzieć o co w tym wszystkim chodzi. Po co te całe zamieszanie?
- Możecie mi to wszystko wytłumaczyć spokojnie. Po co te zbędne nerwy? - spytałem. Nikt się nie odezwał. - Wuju Falk?
- Gwendolyn i Chrlotta urodziły się tego samego dnia, choć wszyscy sądzili, że Charlotta jest starsza o dobę.
- Nic z tego nie rozumiem...
- Rodziłam w domu. Poprosiłam położną, żeby wpisała w akta jutrzejszą datę. Dopiero następnego dnia pojechałam do szpitala, to na serio nie jest aż takie trudne.
- To kłamstwo. Ona chce tylko zwrócić na siebie uwagę. Zazdrości mi, że to moja córka odziedziczyła ten piękny dar - krzyczała Glenda.
- To nie dar. To przekleństwo. Wcale nie chcę, aby moja córka go miała. Tylko popsuje jej to życie.
- Aha. Czyli albo Charlotta, albo Gwendolyn posiadają dar. A my przygotowywaliśmy tylko Charlottę - zaczynałem pojmować. - Jeśli ta Wendy na prawdę posiada dar, to mamy problem. I to nie mały.
- Właśnie - przytaknął doktor White.
- Gwendolyn, młodzieńcze - odezwała się lady Arista. Spojrzałem na nią pytająco, a ona wyjaśniła - Nie Wendy, tylko Gwendolyn.
Co to za różnica? I tak nie mam ochoty pracować z kimś niedouczonym. Mogę się założyć, że nawet podstawy są jej obce.
Zastanawiałem się w jaki sposób Grace chciała chronić córkę kłamstwem. Nie da się uniknąć daru. Rozumiałem jednak, że ona mogła się go bać, uważać, że to przekleństwo. Zwykli ludzie nie rozumieją, że to naprawdę cudo. Możemy uchronić świat os wszelkich chorób. Trzeba tylko dać kilka kropli krwi do chronografu. Właśnie dlatego ciągle odbywam te misje. Musze wbić krew innych. Mieliśmy ich krew w chronografie skradzionym przez Lucy i Paula. A teraz po ich zdradzie trzeba wszystko naprawić. I robię to ja, gdyż na razie jestem jedynym żyjącym podróżnikiem. Charlotta lub Gwendolyn będą ostatnim, rubinem, i zamkną Krąg Dwunastu, a wtedy dostaniemy kamień filozoficzny.
Z rozmyśleń wyrwał mnie pan George, który dosłownie wpadł do sali.
- Gwendolyn skoczyła, to nasz prawdziwy Rubin - oznajmił.
__________________________________________________________
Podoba się? Zostaw komentarz :)
Gdy tylko się odezwałem wszyscy odwrócili głowy w moją stronę; wujek Falk, doktor White, lady Arista i jej córka Glenda. Była tam jeszcze jakaś kobieta. Po kolorze włosów wywnioskowałem, że pochodzi z rodziny Montrose. tam wszyscy byli rudzi.
Atmosfera w Smoczej Sali była bardziej niż napięta. Widziałem rozgniewane miny wszystkich, a szczególnie Glendy oraz tamtej kobiety.
- Jaką Wendy? - spytał wujek Falk.
- To tą brunetkę, która szła z panek Georgem - wyjaśniłem.
- Gwendolyn? - spytała lady Arista - babka Charlotty.
- Tak. Może mieć tak na imię.
- Powinieneś bardziej postarać się zapamiętywać imiona, młodzieńcze. Szczególnie dam - dam? Czy lady Arista właśnie nazwała tą niechlujną dziewczynę damą? Tego się nie spodziewałem. Szczególnie po niej.
- Gwenny dziś po raz trzeci skoczyła w czasie - zaczęła nieznajoma. - Na prawdę nie chce mi się tego znów tłumaczyć.
- Może najpierw was przedstawię. Gideon, nasz diament. Grace, matka Gwendolyn, córka lady Aristy.
- Aha... - mruknąłem. Nadal czekałem na odpowiedź na moje pytanie.
- No więc, Gwendolyn już kilka razy skoczyła w czasie. Chciałam ją od tego uchronić, ale mi nie wyszło - powiedziała w końcu Grace.
- Okłamując wszystkich nie chroniłaś jej - wtrąciła lady Arista.
- Nie widzicie, że one po prostu chcą zwrócić na siebie uwagę? - odezwała się Glenda.
Czułem, że zaraz znów rozpęta się tu burza. Glenda miała swoje teorie, widać było, że jest skora do kłótni, jednak ja na prawdę nie miałem ochoty tego słuchać. Chciałem tylko wiedzieć o co w tym wszystkim chodzi. Po co te całe zamieszanie?
- Możecie mi to wszystko wytłumaczyć spokojnie. Po co te zbędne nerwy? - spytałem. Nikt się nie odezwał. - Wuju Falk?
- Gwendolyn i Chrlotta urodziły się tego samego dnia, choć wszyscy sądzili, że Charlotta jest starsza o dobę.
- Nic z tego nie rozumiem...
- Rodziłam w domu. Poprosiłam położną, żeby wpisała w akta jutrzejszą datę. Dopiero następnego dnia pojechałam do szpitala, to na serio nie jest aż takie trudne.
- To kłamstwo. Ona chce tylko zwrócić na siebie uwagę. Zazdrości mi, że to moja córka odziedziczyła ten piękny dar - krzyczała Glenda.
- To nie dar. To przekleństwo. Wcale nie chcę, aby moja córka go miała. Tylko popsuje jej to życie.
- Aha. Czyli albo Charlotta, albo Gwendolyn posiadają dar. A my przygotowywaliśmy tylko Charlottę - zaczynałem pojmować. - Jeśli ta Wendy na prawdę posiada dar, to mamy problem. I to nie mały.
- Właśnie - przytaknął doktor White.
- Gwendolyn, młodzieńcze - odezwała się lady Arista. Spojrzałem na nią pytająco, a ona wyjaśniła - Nie Wendy, tylko Gwendolyn.
Co to za różnica? I tak nie mam ochoty pracować z kimś niedouczonym. Mogę się założyć, że nawet podstawy są jej obce.
Zastanawiałem się w jaki sposób Grace chciała chronić córkę kłamstwem. Nie da się uniknąć daru. Rozumiałem jednak, że ona mogła się go bać, uważać, że to przekleństwo. Zwykli ludzie nie rozumieją, że to naprawdę cudo. Możemy uchronić świat os wszelkich chorób. Trzeba tylko dać kilka kropli krwi do chronografu. Właśnie dlatego ciągle odbywam te misje. Musze wbić krew innych. Mieliśmy ich krew w chronografie skradzionym przez Lucy i Paula. A teraz po ich zdradzie trzeba wszystko naprawić. I robię to ja, gdyż na razie jestem jedynym żyjącym podróżnikiem. Charlotta lub Gwendolyn będą ostatnim, rubinem, i zamkną Krąg Dwunastu, a wtedy dostaniemy kamień filozoficzny.
Z rozmyśleń wyrwał mnie pan George, który dosłownie wpadł do sali.
- Gwendolyn skoczyła, to nasz prawdziwy Rubin - oznajmił.
__________________________________________________________
Podoba się? Zostaw komentarz :)
poniedziałek, 17 marca 2014
Rozdział 1.
Charlotta milczała. Czekała, aż to się stanie. Wiem, że była
pod wielką presją. Wszyscy chcieli, aby już skoczyła. Ale to nie nadchodzi od
tak. Pamiętam mój pierwszy przeskok w czasie. Znalazłem się w 1973r. i jakieś
dwadzieścia minut siedziałem sam w Smoczej Sali, póki nie wróciłem znów do teraźniejszości.
Wprawdzie na mój przeskok czekaliśmy krócej, ale też na mnie napierali. Ona ma jeszcze ciężej. Jej
babka oraz matka są gorsze od Strażników. Czy one nie widzą, że tym gadaniem
tylko bardziej ją stresują, a nie pomagają w szybszym przeskoku?
Spojrzałem na wujka Falka. Jest on Wielkim Mistrzem w loży. Właśnie sprawdzał godzinę, potem jego wzrok zwrócił się ku mnie.
Spojrzałem na wujka Falka. Jest on Wielkim Mistrzem w loży. Właśnie sprawdzał godzinę, potem jego wzrok zwrócił się ku mnie.
- Gideon, chyba już pora – rzucił szybko.
- Tak wuju, masz rację – odpowiedziałem i ruszyliśmy do
pomieszczenia z chronografem – naszym skarbem.
Dziś, jak to często ostatnio bywa, miałem wyruszyć pobrać
krew kolejnemu podróżnikowi, co nie byłoby potrzebne, gdyby nie ta głupia Lucy
i mój wuj Paul, którzy ukradli inny chronograf, do którego była wprowadzona
krew wszystkich podróżników, oprócz mojej i Charlotty. Na szczęście udało się
naprawić ten zapasowy. Ale teraz przez nich muszę się męczyć pobierając krew
tamtych z przeszłości. Z drugiej strony nabieram praktyki w posługiwaniu się
strzykawką, a na medycynie jest to przydatne.
Wyruszyłem, a po trzech godzinach byłem z powrotem. No można
tak powiedzieć. Nie dotarłem do pomieszczenia z chromografem na czas, więc
wylądowałem w korytarzach loży. Zza zakrętu wpadłem na pana Georga, który szedł
z jakąś dziewczyną. Była to niebieskooka brunetka, trochę młodsza ode mnie.
- Hop! – zawołał pan George, gdy o mały włos na niego nie
wszedłem.
- Pan George!- odpowiedziałem pospiesznie. Bardzo chciałem się
dowiedzieć skąd się tu wzięła ta dziewczyna, która teraz gapiła się na mnie jak
osłupiała. Zastanawiałem się czemu?
Ponieważ pan George nic nie mówił, rzuciłem mu pytające
spojrzenie.
-
Gideonie, to jest Gwendolyn Shepherd – odezwał się pan George, wzdychając
lekko. -
Gwendolyn,
to jest Gideon de Villiers.
Aha. Dużo
mi to mówi. Jakaś dziewczyna chodzi po budynku tajnej loży. Dlaczego? Czyżby to nie było aż tak tajne jak myślałem? Może jutro przyjdę z koleżanką ze studiów?
- Cześć –
starałem się mówić uprzejmie.
- Cześć – odpowiedziała zdezorientowana dziewczyna.
- Myślę,
że jeszcze poznacie się bliżej. - Pan George zaśmiał się nerwowo. - Możliwe, że
Gwendolyn jest naszą nową Charlottą.
- Co proszę? – zamurowało mnie.
Zmierzyłem tą Wendy, czy jak jej tam, wzrokiem. Ona nie mogła zastąpić Charlotty. Zastanowiłem się czy ona w ogóle jest z nią spokrewniona. Wszyscy z jej rodziny są rudzi, a ta tu to brunetka.
Zmierzyłem tą Wendy, czy jak jej tam, wzrokiem. Ona nie mogła zastąpić Charlotty. Zastanowiłem się czy ona w ogóle jest z nią spokrewniona. Wszyscy z jej rodziny są rudzi, a ta tu to brunetka.
Z Charlottą ćwiczyliśmy od ponad pięciu lat. Uczyliśmy się
szermierki, tańca, etykiety, historii, języków. Wątpię, żeby Wendy to wszystko
umiała, sama jej postawa pozostawiała
wiele do życzenia i ta wielka plama na mundurku, zresztą identycznym jak u
Charlotty, mówiła sama za siebie. Poza tym od dwóch lat robię wszystko, by
rozkochać w sobie Charlottę, bo, jak wyznał mi hrabia de Saint Germain,
zakochanymi kobietami łatwiej się rządzi, co przyda się w mojej misji. Jeśli ona
na serio jest rubinem, to będę musiał zaczynać od początku.
W dodatku ona chyba nie umiała robić nic innego tylko się głupio gapić.
W dodatku ona chyba nie umiała robić nic innego tylko się głupio gapić.
- To
niezwykle skomplikowana historia - powiedział do mnie pan George. - Najlepiej będzie,
jeśli pójdziesz do Sali Smoczej i poprosisz wuja o wyjaśnienia.
Skinąłem
głową.
- I tak tam szedłem. – odpowiedziałem, po czym ruszyłem w
głąb korytarza, rzuciłem tylko krótko - Do zobaczenia, panie George. Do
widzenia, Wendy.
Strasznie ciekawiło mnie co Strażnicy mają do powiedzenia w
sprawie tej dziewczyny. Na serio się pomylili? Muszą mi to wszystko wyjaśnić. I
to jak najszybciej.
_________________________________________________
Czytasz = Komentujesz
_________________________________________________
Czytasz = Komentujesz
Subskrybuj:
Posty (Atom)