czwartek, 27 marca 2014

Rozdział 4.

Biedna Chatlotta. Gdy dowiedziała się, że to nie ona ma dar była załamana. Próbowaliśmy ją uspokoić, lecz roztrzęsiona siedziała wyprostowana na kanapie, a jej oczy błyszczały.Szkoda mi jej było. Też bym się załamał gdyby coś, co było dla mnie najważniejsze, do czego przygotowywałem się całe życie, nagle stało się nieosiągalne, ktoś mi to wyrwał z rąk. Uśmiechnąłem się do niej smutno, a jej oczy jeszcze bardziej się przeszkliły. Chciałem ją pocieszyć, powiedzieć, że wszystko będzie w dobrze, ale co ma być w porządku? Utraciła dar. Znaczy nigdy go nie miała. Im dłużej nad tym myślałem, tym trudniej było mi zebrać słowa, by ją pocieszyć.
Z drugiej strony teraz będzie mogła prowadzić normalne życie. Będzie mogła podróżować, chodzić gdzie chce. Nie będzie uzależniona od chronografu. Zero niekontrolowanych przeskoków.
Zastanawiałem się co ja bym zrobił, gdybym nie miał daru. Na pewno częściej widywałbym się z matką i bratem, którzy, wraz z nowym facetem mamy, mieszkają we Francji. Nie widzieliśmy się od bardzo, bardzo dawna, gdyż nie mogę opuszczać Londynu na dłużej niż kilka godzin.
Gdy tak myślałem, Charlotta nagle poderwała się i wybiegła ze Smoczej Sali. Podbiegłem do niej i złapałem za ramię.
- Charlotto, czekaj.
- To wszystko jest tak strasznie przykre i poniżające - powiedziała Charlotta.
- Nie, wcale nie. Przecież to nie twoja wina.
Starałem się mówić miękko. Nie mogłem urazić Charlotty. Nie, gdy była tak załamana. Cała ta sytuacja jest strasznie skomplikowana. Mój mózg jeszcze nie do końca to przetrawił. W tedy poczułem, że Charlotta wyrwała się z mojego uścisku.
- Objawy fantomowe! O mało nie zapadłam się pod ziemię. Naprawdę wierzyłam, że to się może stać w każdej chwili...
No tak. Objawy fantomowe - diagnoza Jake'a. Moim zdaniem te mdłości nie był ból fantomowy. Charlotta urodziła się w dniu, którego datę wyliczył sam Newton. Mogła odczuwać mdłości dlatego, że ten dar mógł też należeć do niej. Tak jak to było w przypadku bliźniaków - Janatana i Timoty'ego. Może ona też przeskoczy. Albo ma jakieś skutki uboczne, albo coś. Moje myśli były chaotyczne. Żadna nie miała sensu, jedna głupsza od drugiej.
Nie chciałem dawać dziewczynie złudnych nadziei. Moja teoria nie jest potwierdzona i nie ma sensu.
- Też bym wierzył na twoim miejscu - powiedziałem po chwili. -Twoja ciotka musi być szalona, że
ukrywała to wszystko przez tyle lat. A twojej kuzynki bardzo mi żal.
- Naprawdę?
- Pomyśl tylko! Jak ona sobie z tym poradzi? Nie ma najmniejszego pojęcia... Jak nadrobi to, czego my uczyliśmy się przez ostatnie dziesięć lat?
- Tak, biedna Gwendolyn. - Nie było w jej głosie współczucia. Wiem, że te dwie kuzynki niezbyt się lubią. - Ale ona ma też swoje mocne strony.
Charlotta to powiedziała? To było co najmniej dziwne. Ona nigdy nie mówiła dobrze o Gwendolyn. Zawsze się z niej śmiała. Zastanawiałem się, czy jest aż tak zdesperowana, lecz ona szybko rozwiała wątpliwości.
- Umie chichotać z koleżanką, pisać SMS-y i recytować z pamięci obsady filmów.
- Tak właśnie pomyślałem, kiedy zobaczyłem ją po raz pierwszy - powiedziałem. - Ech, będzie mi ciebie naprawdę brakowało... na przykład naszych lekcji fechtunku.
Mówiłem prawdę, będzie mi tego brakowało, zwłaszcza, że dodatkowo będę musiał użerać się z Gwendolyn. Powinni mi za to płacić.
- Dobrze się bawiliśmy, prawda? - spytała dziewczyna.
- Tak. Ale pomyśl, jakie masz teraz możliwości, Charlotto! Zazdroszczę ci tego! Jesteś wolna i możesz robić, co chcesz.
- Nigdy nie chciałam niczego innego poza tym tutaj!
- Tak, bo nie miałaś wyboru - odpowiedziałem. - Ale teraz cały świat stoi przed tobą otworem.
Możesz studiować za granicą i wybrać się w daleką podróż, podczas gdy mnie nie wolno
oddalić się od tego choler... od tego chronografu na dłużej niż jeden dzień i muszę spędzać noce w 1953 roku. Wierz mi, bardzo chętnie bym się z tobą zamienił.
Wtedy uświadomiłem sobie, że naprawdę jestem przykuty do chronografu. Jestem więźniem i chłopcem na posyłki. Lubię moje życie, ale trochę luzu by mi się przydało. Ale to nie znaczy, że dar to przekleństwo, jak to mówiła ciotka Charlotty.
- Jeszcze tego pożałują - Glenda jeszcze nie ochłonęła.
- Glendo, proszę cię! Przecież jesteśmy rodziną, musimy trzymać się razem - lady Arista już od dawna nieskutecznie próbowała ją uspokoić.
- Powiedz to lepiej Grace - warknęła Glenda. - To przecież ona wpakowała nas w tę obłędną
sytuację. Chce chronić córkę! Dobre sobie! Nikt przy zdrowych zmysłach nie uwierzyłby w ani jedno jej słowo. Po tym wszystkim, co się stało. - zgadzałem się z nią. To na serio dziwaczna historia. - Ale to już nie jest nasz problem. Chodź, Charlotto.
Ruszyły w stronę wyjścia.
- Odprowadzę was do samochodu - zaoferowałem. Chciałem, żeby Charlotta poczuła, że nie jest sama.
Odprowadziłem Glendę i jej córkę do limuzyny. Szliśmy w ciszy, a ja co jakiś czas posyłałem Charlotcie uśmiechy i spojrzenia. Zauwarzyłem, że ona też próbuje się uśmiechnąć, lecz nie wyszło jej to najlepiej. Na jej twarzy pojawił się krzywy grymas, który znikł w ułamku sekundy.

1 komentarz:

  1. O Boże Gideon <3 O Boże opowiadanie <3 błagam pisz dalej proszeeee

    OdpowiedzUsuń