niedziela, 23 marca 2014

Rozdział 3.

Weszliśmy do archiwum, które jak większość pomieszczeń tutaj znajdowało się w podziemiach i nie miało okien. Znajdował się tam kominek, w którym płonął ogień, wokół stały regały i szafy z książkami oraz bardzo wygodne, bujane fotele  i jeszcze wygodniejsza, szeroka sofa.
Oparłem się o regał i przysłuchiwałem rozmowie Georga, Jake'a oraz wuja Falka, którzy tak samo jak ja byli zdezorientowani i nie wiedzieli co myśleć o tej całej sytuacji. Wtedy dziewczyna wróciła. Oni chyba jej nie zauważyli, rozmawiali dalej. Musiałem zwrócić ich uwagę, wie się przywitałem.
- Cześć, Wendy.
- Gwendolyn - poprawiła dziewczyna, która była chyba oburzona tym, że przekręciłem jej imię. Z resztą ja też nie byłbym zadowolony, gdyby ktoś nazywał mnie Garfield.
Wtedy reszta podeszła do naszego nowego Rubinu. George był czały w skowronkach, a Jake White podejrzliwie taksował ją wzrokiem. Był wyraźnie niezadowolony. Ja też, wolałbym Charlottę jako moją partnerkę. Gwendolyn, czy jak ona tam ma na imię, nawet nie znam. Poza tym, w ogóle nie podoba mi się jej postawa, którą zaobserwowałem podczas tych kilku minut rozmowy z Georgem, który teraz wypytywał moją przyszłą pomocnicę:
- To trwało prawie piętnaście minut. Wszystko z tobą w porządku, Gwendolyn?
Dobrze się czujesz?
Skinęła głową, choć nie wyglądała w porządku. Ta wielka plama na mundurku... fuj.
- Czy ktoś cię widział? - wypytywał Thomas George.
- Nikogo tam nie było. Zresztą tak jak mi pan kazał, nie ruszyłam się z miejsca. - Podała Thomasowi latarkę i... sygnet? On jej pożyczył swój sygnet. - Gdzie jest moja mama? - To pytanie mogłoby wyjść z ust sześciolatki, a nie szesnastolatki.
- Na górze, z pozostałymi - odrzekł krótko Falk de Villiers.
- Chcę z nią porozmawiać - Boże, jaki to dzieciak. Mogłaby chociaż udawać, że jest wystarczająco dorosła, by być podróżnikiem. W dodatku podróżnikiem z wielką misją.
- Nie martw się, porozmawiasz. Później - powiedział pan George. - Ale najpierw... och, zupełnie
nie wiem, od czego zacząć.
Jego twarz promieniała radością. Jeny, z czego tak się cieszy?
- Mojego bratanka Gideona zdążyłaś już poznać - powiedział wuj Falk. - To, co właśnie ci się
przydarzyło, on przeżył już przed dwoma laty. Oczywiście był do tego znacznie lepiej przygotowany
niż ty - oczywiście, że tak. Moja matka nie ukrywała przed wszystkimi daty mojego urodzenia. - Nadrobienie tego, co zaniedbano u ciebie w ciągu ostatnich lat, będzie trudne.
- Trudne? Ja raczej uznałbym to za niemożliwe - wtrącił doktor White, a ja się z tym zgodziłem.
- To wcale nie będzie konieczne - powiedziałem. -Znacznie lepiej poradzę sobie sam.
- Zobaczymy - powiedział wujek.
- Myślę, że nie doceniacie tej dziewczyny - rzekł pan George. Co my mamy w niej docenić? Od razu widać, że to niezdara. Tylko pomieszałaby mi szyki.
- Gwendolyn Shepherd! Jesteś teraz częścią prastarej tajemnicy - ciągnął Thomas. - Czas, byś nauczyła się tę tajemnicę rozumieć. Po pierwsze, powinnaś wiedzieć...
- Nie uprzedzajmy wypadków - wpadł mu w słowo doktor White. - Może i ma ten gen, ale to
jeszcze nie znaczy, że można jej zaufać.
- Albo że w ogóle zrozumie, o co w tym chodzi - uzupełniłem. Widać, że nic nie rozumie. Nie pojmuje po co tu jest i jak wielkie ma znaczenie dla ludzkości.
- Kto wie, jakie instrukcje otrzymała od swojej matki - powiedział doktor White. - I kto wie, od
kogo ona z kolei otrzymała instrukcje. Mamy tylko ten jeden jedyny chronograf, nie możemy sobie
pozwolić na kolejny błąd. Chciałbym, żeby zostało to wzięte pod uwagę.
Tak. Jake mówi logicznie. W końcu to jej matka pomagała Lucy i Paulowi uciec. 
Pan George wyglądał, jakby go spoliczkowano.
- Można zupełnie niepotrzebnie skomplikować sprawy.
- Zabiorę ją teraz do mojego gabinetu - oznajmi! doktor White. - Nie miej mi tego za złe, Thomas. Ale na wyjaśnienia przyjdzie jeszcze pora.
Gwendolyn wzdrygnęła się.
- Chcę do mamy - powiedziała.
Mlasnąłem pogardliwie językiem. To straszne dziecko. Tylko dwulatek mówi "chcę do mamy".
- Nie musisz się bać, Gwendolyn - uspokajał ją pan George. - Potrzebujemy tylko odrobiny
twojej krwi, a poza tym doktor White odpowiada za twoją odporność i twoje zdrowie. W przeszłości
czai się niestety cała masa groźnych zarazków, zupełnie nieznanych organizmowi współczesnego
człowieka. To nie potrwa długo.
Dziewczyna ponownie wzdrygnęła się. Tym razem na słowo "krew".
- Ale ja... ja nie chcę zostać sama z doktorem Franken... z doktorem White'em - Z minuty na minutę ona staje się większym dzieckiem w moich oczach. Czy chciała na zwać Jake'a Doktorem Frankensteinem?
- Doktor White nie jest tak... pozbawiony serca, jak mogłoby to wyglądać - powiedział George. - Nie musisz...
- Ależ tak, musi - warknął doktor White.
Ta sytuacja stawała się coraz bardziej dziwna. Po pierwsze: nowy Rubin. Po drugie: nowy Rubin, to rozwydrzony bachor. Po Trzecie:  nigdy nie widziałem tak zirytowanego Jake'a
- Ach tak? A co pan zrobi, jeśli odmówię? - prychnęła. Oczy doktora za
okularami w czarnych oprawkach, były zaczerwienione i zaognione.
- Każę zawiadomić panią Jenkins - powiedział kategorycznym tonem wujek. - Póki nie przyjdzie,
Gwendolyn będzie towarzyszył pan George.
Chyba dają jej tu za dużo ulg. Nie może po prostu iść i oddać tej krwi?
- Spotkamy się zatem za pół godziny na górze, w Sali Smoczej - zakończył Falk de Villiers.
Wychodząc z pokoju zerknęła na mnie. Taksowałem ją wzrokiem, ale w ostatniej chwili spuściłem głowę.
W tedy zobaczyłem, że ma podrapane łydki. Dziwne...

__________________________________________________________________

Podoba się? Zostaw koment.
Nie podoba się? Też skomentuj.

4 komentarze:

  1. Dlatego właśnie staram sie czytac tylko skonczone blogi. Wszystko ok super swietnie a tu koniec rozdzialu i na razie brak dalszej czesci. Trzeba cie przycisnac zebys pisala B-)

    OdpowiedzUsuń
  2. wowowow więcej Linek dawaj kolejny ;) to ja napisze Psychopatyczna xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zaczęłam już, ale jakoś średnio idzie. Mam nadzieję, że do piątku dodam kolejny rozdział :)
      O tak, tak. Pisz Psychopatyczną.

      Usuń